Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
Run away from the everyday


18:24:03 8/07/2015

Rozdział 2: Potrzebny mi plan

Tymczasem, niedaleko mieszkania Gainera
Na dachu sąsiedniego budynku, choć znacznie niższego, kucała dziewczyna o kruczoczarnych włosach. Piwnymi oczami uważnie śledziła wydarzenia w pomieszczeniu. Gainer jak zawsze wykazał się zupełnym brakiem wyobraźni, lekkomyślnie postępując z zamaskowanym mężczyzną, ale w myśl zasady głupi ma szczęście, nic mu się nie stało.
           Jak on to robi, że każdy, kto chce go zabić, rezygnuje z tego pomysłu po krótkiej rozmowie? zastanowiła się, schodząc po schodach. Gdy znalazła się na ulicy, przez okno dostrzegła, że mężczyzna usiadł koło jej przyjaciela i ściągnął kominiarkę.
           Westchnęła. Czas złożyć im wizytę.
           Otworzyła więc drzwi, wpuszczając do środka promienie zachodzącego słońca. Dwaj mężczyźni skoczyli na równe nogi, ich twarze pobladły. Lecz Gainer niemal natychmiast ją rozpoznał, odetchnął głęboko i klepnął towarzysza w ramię.
           - W porządku. To moja znajoma – uspokoił go. Badger wzdrygnął się po klepnięciu i pochylił, by podnieść broń, którą zdążył zabezpieczyć, a po pojawieniu kobiety, upuścić.
           Benny założyła ręce na piersiach.
           - Coście tacy nerwowi? I czemu celowałeś do mojego znajomego?
           - Okradł mnie. W zasadzie to nie mnie, tylko… Znaczy ja… - Zapewne plątałby się jeszcze, gdyby ktokolwiek się nim interesował.
           - Słuchaj, Benevolence, sprawa jest poważna – zaczął blondyn. - Lepiej nie pokazuj się tutaj przez jakiś czas, bo moja znajoma wysłała jakiegoś płatnego zabójcę na mnie.
           Dziewczynie nie spodobało się co usłyszała. Nie wiadomo kiedy w jej dłoni pojawił się ostry nóż, który następnie przyłożyła do gardła Gainera. Ten popatrzył na nią na wpół rozbawiony, na wpół znudzony.
           - Nie mów do mnie Benevolence – powiedziała powoli, a dla podkreślenia z każdym słowem przyciskała nóż mocniej do jego krtani. Oboje wiedzieli jednak, że nic mu nie grozi; byli przyjaciółmi od dzieciństwa, a ich powitanie zawsze wyglądało tak samo, różniła je najczęściej jedynie dzieląca ich broń.
           - Jasne – mruknął, palcem odsuwając od siebie ostrze. – Tak czy inaczej, ten facet przyszedł tu, żeby mnie zabić, więc lepiej stąd spadaj, bo mogą zjawić się inni.
           Benny popatrzyła na niedoszłego mordercę.
           - On miałby cię zabić? – zapytała, wskazując na zdenerwowanego i przerażonego Badgera. – Nie wygląda na groźnego. A poza tym, ile razy już ktoś omal cię nie zabił? Z własnego doświadczenia wiem, że należy najpierw sprawdzić teren wokół ciebie, dlatego obserwowałam wasze spotkanie z bezpiecznej odległości.
           Gainer zmrużył oczy.
           - Po prostu stałaś i przyglądałaś się, jak ten facet mierzył do mnie z pistoletu?
           - Nie – uśmiechnęła się. – Nie do końca. Kucałam. – Pociągnęła nosem. – Nie płacisz za prąd.
           Jej towarzysze wyglądali na zdumionych. Prychnęła.
           - Nie płacisz za prąd, nie masz prądu. Nie masz prądu, lodówka nie działa. Lodówka nie działa i stąd ten smród. Znam cię nie od dziś.
           Otworzyła torbę przewieszoną przez ramię i wyciągnęła z niej woreczek. W środku były świeże bułki.
           - Jesteś boska, mówiłem ci to już? – Gainer rzucił się na jedzenie, popijając je kolejnymi puszkami coli.
           Gdy już się najadł, nadszedł czas na poważną rozmowę. Benny zajęła miejsce pod ścianą, opierając na niej but i składając ręce na piersi, z kolei jej towarzysze usiedli na kanapie, niezbyt blisko siebie.
           - Kim tak naprawdę jesteś? – zapytała Benny, spoglądając na faceta z bronią.
           - Mówią na mnie Badger. Dragona wynajęła mnie do brudnej roboty. Sprzątnąłem dla niej kilku urzędników. Najczęściej na odległość, nie lubię konfrontacji.
           - To dlaczego się spotkaliśmy? – zapytał Gainer.
           - Kazała mi przyjść tutaj i cię nastraszyć. Dała mi jasne polecenie, że mam zabrać od ciebie coś, co należy do niej. Nie powiedziała, co to jest. A ja nie pytałem. Sądziłem, że będziesz wiedział i przestraszysz się, jak zobaczysz broń.
           - Zaraz, moment… Kim jest Dragona? – przerwała opowieść Benny. Gainer rozmarzył się, wyciągając na kanapie.
           - To dopiero laska. Mówię wam, jakie ona ma nogi! – Urwał, gdy Benny odchrząknęła. – Dobra, już dobra. Moja eks. Nie może się pogodzić z tym, że jest eks. Tak czy inaczej, to córeczka Smoka. Znasz Smoka, prawda?
           Benny zamarła. Jeśli w sprawę wchodził Smok, to nie wróżyło niczego dobrego. Smok praktycznie rządził tą dzielnicą. I nie tylko tą. Sprawował pieczę nad każdym dużym interesem w mieście i ciągnął z niego niezłe korzyści. Jeśli ktoś z nim zadzierał, zawsze kończył kilka metrów pod ziemią.
           - Zaczynam się poważnie zastanawiać czy faktycznie powinnam tu przebywać – rzuciła. – Sprawa jest faktycznie poważna. Jeżeli Smok wie, że byłeś z jego córką i ona ma do ciebie żal, to w zasadzie już jesteś martwy. Dlaczego właściwie zerwaliście?
           - Bo dowiedziałem się, kim jest jej tatuś – odparł.
           - No to kicha – podsumował Badger, sięgając po jedną z bułek.
           - Chciałbym ci przypomnieć, że miałeś mnie zabić. Nie zrobiłeś tego, więc też jesteś w to zamieszany.
           Badger wytrzymał spojrzenie Gainera.
           - Nie miałem cię zabić. Miałem cię nastraszyć. I chyba mi się udało.
           - Nastraszyć? Mnie! Ja się niczego nie boję!
           - Jak zobaczyłeś pistolet to mało się nie posrałeś. Widziałem.
           Benny nie słuchała ich wymiany zdań. Zdawała sobie sprawę, że obaj w ten sposób maskują swój niepokój. Sama również była nerwowa. Sprawa stawała się coraz bardziej poważna i nietypowa. Zerknęła na swojego przyjaciela. Nie raz poruszali się po granicy prawa, narażając się policji, ale do tej pory komendant chronił ich ze względu na pewne możliwości, które posiadali oraz dlatego, że jego ukochana siostra była narzeczoną Duffera.
           Benevolence zamarła. Duffer! Jeśli ktoś mógłby pomóc rozwiązać tę sprawę, to jedynie on. Był ich bliskim przyjacielem z czasów szkolnych. Choć nie przepadał za łamaniem prawa, wolał bezpiecznie i twardo stąpać po ziemi bez potrzeby spoglądania za siebie, mógł im pomóc. Jeszcze nigdy nie odmówił.
           Sytuacja była poważna nie tylko dlatego, że Dragona wysłała płatnego zabójcę, który miał zabić Gainera i okazał się nader nieprofesjonalny. Bo co do celu jego misji, nikt nie miał wątpliwości. Ale wszystko komplikowała sylwetka Smoka. To boss nas bossami. Każdy w mieście mu podlega, ma wtyki w policji i w rządzie. Nieważne z której dzielnicy pochodziłeś, jeśli chciałeś się wybić, należało się najpierw upewnić, że nie zagrażasz Smokowi. Przychodzili wtedy do niego ludzie i po krótkiej „rozmowie” wracali do Smoka poinformować go o kilku różnych możliwościach: że nie będziesz robić interesu, bo mógłby on kolidować ze sprawami Smoka, że będziesz robić interes, bo przyniesie on Smokowi zysk bądź też po ich wizycie zszedłeś na zawał i nie będziesz robić interesu, bo jesteś martwy.
           Choć tutaj, w tej dzielnicy zarówno Benny, jak i Gainer mieli wielu dobrych znajomych gotowych pomóc w każdej chwili, nikt nie kwapiłby się do tej roboty, jako że dla przeciwnika byli niczym więcej niż mętami ulicznymi. Co nie oznaczało, że nie mogli stanowić zagrożenia. Cały problem polegał na tym, że mogli, więc trzeba było się ich pozbyć. Zwłaszcza, jeśli któryś z nich był na tyle głupi, by zadzierać z córką Smoka.
           Więc, tak jak stwierdziła Benny, najbardziej pomocny mógłby być Duffer. Był ich lojalnym przyjacielem i jeszcze nigdy nie opuścił ich w potrzebnie, choćby nie wiadomo jak ogromne mieli problemy. Choć może nie należał do osób odważnych, dokonujących niewiarygodnych czynów, by ratować słabszych. Prawdę mówiąc, był zupełnie inny.
           Gainer wpadł nagle na podobny pomysł.
           - Moglibyśmy pójść po Duffera – rzucił do Benny, całkowicie tracąc zainteresowanie Badgerem. – On by nas z tego wyciągnął.
           - Po pierwsze, ciebie by z tego wyciągnął – odparła. – Wcale nie mówiłam, że rzucę wyzwanie Smokowi, by ratować twoją skórę.
           - A co po drugie? – zapytał jakby nigdy nic.
           - A po drugie, Duffer nie przyda nam się zbytnio… w tej chwili.
           - Co znaczy w tej chwili? – zdziwił się.
Benny wskazała za okno.
           - Sam zobacz.
           Podszedł bliżej. Jego oczom ukazał się nieco oddalony blok, na dachu którego ustawiali się snajperzy-profesjonaliści, przekonani, że nikt ich nie widzi. Gainer zaklął pod nosem.
           - Dobra, Duffer faktycznie się nie przyda. Masz jakiś pomysł, przyjaciółko?
           - Jasne. Ja spadam.
           Spojrzał na nią zdumiony.
           - Myślałem, że mogę na tobie polegać – powiedział, widząc w jej oczach, że faktycznie chce się stąd „ulotnić” i to jak najszybciej.
           Benny rozbroiła go szczerością i wielkością swojego uśmiechu.
           - Od czego są przyjaciele – rzuciła i skierowała się w stronę okna z tyłu mieszkania. Przystanęła na chwilę, spoglądając na towarzyszy zniecierpliwiona. – Idziecie czy nie?
           Mężczyźni spojrzeli po sobie. Decyzję podjęli jednogłośnie i w czasie krótszym niż pół sekundy. I tak jednak trwała zbyt długo, gdyż szyba okna pękła pod ostrzałem.

Przytulny domek w centrum dzielnicy portowej
Nadeszła najwyższa pora, by wrócić do właścicieli wspomnianego wcześniej domku. Otóż byli nimi również wspomniany Duffer Macon i jego narzeczona Susan, siostra komendanta policji. Starali się nie zawadzać nikomu, nie pakowali się w konflikty ani groźne awantury. I dlatego mogli żyć bezpiecznie w tej dzielnicy. Przynajmniej tak myślała Susan.
           Prawda była nieco inna, bowiem Duffer to człowiek wyróżniający się dwoma cechami: ponadprzeciętną inteligencją i ponadprzeciętnym tchórzostwem. Dziwne to połączenie, nawiasem mówiąc, ponieważ osoby z IQ takim samym jak Duffera najczęściej uważali się za lepszych od innych i z pewnością siebie podchodzili do każdego problemu. Duffer natomiast cierpiał na brak takiej pewności siebie. Albo też za takiego chciał uchodzić.
           Co nie znaczy jednak, że w razie problemów chował głowę w piasek. Starał się trzymać od nich jak najdalej, jednak jego przyjaciele – dzięki którym mógł zasypiać ze spokojem i przekonaniem, że nikt nie zagrozi ani jemu, ani Susan – często się w nie pakowali i wyciągnąć ich mógł jedynie sprytny plan. Plan, za który zawsze odpowiadał Duffer, choć jego wykonanie przypadało Benny i Gainerowi. Fakt ten jednak nie został przedstawiony Susan. Jak również prawdziwy powód, dla którego jej narzeczony i brat nalegali, by zamieszkali w tak szemranej dzielnicy.
           Prawdziwym powodem, dla którego obaj chcieli, by zgodziła się tutaj zamieszkać, byli oczywiście Benny i Gainer. Duffer znał ich od kilkunastu lat, wiedział więc, że nie raz będą go potrzebować. Musiał być blisko. A że był blisko, mógł również zapewnić im ochronę przed policją. Komendantowi policji, Markowi, zależało na nich, ponieważ, choć działali na pograniczu prawa, nie raz robili coś dobrego dla innych, pomagając schwytać groźnego przestępcę czy też – w przypadku ostatniej akcji – oddając wartościowy, skradziony obraz do muzeum. Zasługi ich wyczynów przypisywane były policji, jako że o ich wkładzie wiedział jedynie komendant, który zostałby natychmiast zwolniony, gdyby jego zwierzchnicy dowiedzieliby się o kryciu przez niego przestępców.
           Wracając jednak do sedna problemu, w trakcie, gdy Gainer i Benny wydostali się z domu blondyna i podążali w stronę centrum, Duffer właśnie kończył kolację w swoim domku, siedząc naprzeciw ukochanej. Susan odstawiła pełny talerz na bok, przeglądając listę gości na ich przyjęcie weselne. Pochłonęło ją to bez reszty, a jedzenie zdążyło wystygnąć. Duffer zastanawiał się czy powinien się wtrącić, jednak zdawał sobie sprawę, jak nerwowa potrafi być jego narzeczona, gdy się jej przerywa.
           - Chcę, żebyśmy pojechali do ślubu wozem strażackim – oznajmiła swoim tonem nieznoszącym sprzeciwu. Duffer zbladł. Jego przyszła żona była święcie przekonana, iż nadstawia on karku, ratując ludzi z pożarów, jednak tak naprawdę był on prywatnym detektywem, który często korzystał z pomocy Benny i Gainera. Choć temu ostatniemu musiał za nią płacić. 
           - Dlaczego, kochanie? – zapytał, starając się, by jego głos zabrzmiał spokojnie.
           - Przecież możesz to załatwić. Ty wszystko możesz – odparła, przyglądając mu się.
Przełknął jedzenie.
           - Naturalnie, kotku… Problem polega na tym, że… Widzisz, mamy tylko jeden wóz i gdyby tak wybuchł pożar…
           - Ty również musiałbyś tam pojechać. Poradzę sobie na ślubnym kobiercu bez pojazdu, ale ciężko będzie bez narzeczonego. Zgadzając się na ślub z tobą, muszę przyjąć taką ewentualność do świadomości, prawda?
           - Wziąłbym wolne – zaprotestował.
           - Zawsze bierzesz wolne, a i tak musisz jechać do pracy – zarzuciła mu. Była to prawda. Zawsze gdy obiecywał jej, że spędzą razem cały dzień, bez żadnych akcji i jej strachu, Benny i Gainer coś wymyślali, i musiał im pomóc. Nie mógł przecież odmówić. Wbrew pozorom kochał ich przygody.
           W chwili, gdy zastanawiał się, co odpowiedzieć, drzwi otworzyły się z hukiem i do domku wpadły trzy osoby.
           - Czołem! – zawołał wesoło Gainer. Któż by inny…
           Problemem nie było ich niecodzienne wejście, czyli drzwi uderzające w ścianę z taką siłą, że odpadło z niej nieco tynku, ale to, że byli zdyszani, jakby przed czymś uciekali, a towarzyszący im mężczyzna krwawił z ramienia.
           - Susan… on potrzebuje pomocy – szepnęła Benny, podtrzymująca Badgera. Susan, od niedawna pracująca jako pełnoetatowy chirurg, od razu porzuciła swoje zajęcie i odsunęła na bok masę pytań, wywołaną niezwykłą wizytą.
           - Co mu się stało? – zapytała, biegnąc do sypialni, po swój niezbędnik, który zawsze miała przy sobie.
           - Został postrzelony – wyjaśnił Gainer wesoło, zasiadając przy stole i przyciągając do siebie talerz z zimną już kolacją Susan.
           - Zwariowaliście?! – syknął Duffer, upewniwszy się, że narzeczona go nie słyszy.
           - Strzelali do nas. Musieliśmy go tutaj przyprowadzić – wyjaśniła przepraszająco Benny. – Mamy poważne kłopoty. Potrzebujemy cię.
           - Jakie kłopoty? – zainteresowała się pani doktor, wchodząc do pomieszczenia. – I do czego potrzebny jest wam strażak?
           Benny popatrzyła na Duffera z poczuciem winy wymalowanym na twarzy.
           - Wybacz, przyjacielu.
           Duffer zgromił wzrokiem ją i Gainera.
           - Nie wiem, w jakie kłopoty znowu wpadliście, ale to ostatni raz, kiedy wam pomagam. Mieliśmy umowę.
           Oboje mieli na tyle przyzwoitości, by zrobić zawstydzone miny. Faktycznie, mieli umowę. Nie wtajemniczać w nic Susan. Jednak w tej sytuacji, Susan była jedyną osobą, która mogłaby pomóc Badgerowi, dlatego więc Benny uparła się, by go tutaj przyprowadzić, pomimo że Gainer miał ochotę zostawić go na pastwę losu.
           - Przyszedł, żeby mnie zabić – argumentował wściekłej przyjaciółce. – Skąd mogę mieć pewność, że nagle się nie wścieknie i nas nie zaatakuje?
            - On jest ranny – odparowała. – Nie zostawiamy rannych samym sobie. Jako możesz w ogóle o tym myśleć?!  
           Susan przycisnęła opatrunek do rany Badgera. Syknął z bólu, ale nie cofnął się, a pani doktor popatrzyła na pozostałych.  
           - Nic więcej tutaj nie mogę zrobić – oznajmiła im. – Trzeba go zabrać do szpitala, w przeciwnym razie wykrwawi się.
           - Nie możemy iść do szpitala – oznajmił Gainer, nagle blednąc. Spojrzał na Duffera. – Stary… stary, nie możemy się pokazać w szpitalu. Szukają nas.
           Duffer westchnął.
           - Susan, kochanie… Weź samochód i zabierz go do szpitala. Proszę, natychmiast – dodał, gdy otwierała usta. – Będziemy w kontakcie. Wszystko ci wyjaśnię, ale sama widzisz, że to nie jest odpowiedni moment.
           Pomogli więc Susan w przetransportowaniu Badgera do samochodu. Gdy tylko odjechali, Gainer, Benny i Duffer wrócili do domu. Blondyn i czarnowłosa streścili po krótce ostatnie wydarzenia.
           - I co teraz? – zapytała Benny po dłuższej chwili. Duffer wziął głęboki oddech.
           - Teraz potrzebny mi plan. 

 


Głosuj (1)

littlelie [komentarzy 1] Komentuj

21:38:47 5/07/2015

Rozdział 1: Najbardziej optymistyczny wieczór

Witam :)

Publikuję pierwszy rozdział mojego własnego opowiadania. Mam nadzieję, że się Wam spodoba :)

---------------

Dzielnica Portowa, Abbey
Słońce chyliło się ku zachodowi, zabarwiając dachy budynków na złoto, na uliczki rzucając cienie pobliskich bloków mieszkalnych. Dzielnica należała z pewnością do najbardziej szemranych w całym Abbey. Właściwie miasto dzieliło się jedynie na dwie dzielnice, portową i biznesową. Z łatwością można więc było się domyślić, że dzielnica portowa była jedyną szemraną w dużym skądinąd mieście.
           Wszystkie bloki mieszkalne oraz wymieszane z nimi domy wolnostojące były obskurne i szare za dnia, w nocy jednak zyskiwały jeszcze gorszy wygląd. W oknach brakowało firanek i zasłon, na próżno można było szukać kwiatów czy przystrzyżonych podwórek. W wielu domach brakowało szyb okiennych, a ich właściciele nie mieli najmniejszego zamiaru wydawać pieniędzy na nowe, ponieważ nie przetrwałyby do rana. Choć okolica uchodziła za niebezpieczną, każdy tutaj znał każdego, więc gdyby zdarzyła się kradzież, wszyscy wiedzieliby kto kogo okradł, zanim okradziony dowiedziałby się, że jego rzeczy zniknęły.
           Prawdę mówiąc, dzielnica niebezpieczna była jedynie dla obcych. Mieszkali tutaj sami swoi, poczynając od handlarzy narkotyków, skończywszy na mętach ulicznych, czyhających na portfele zagubionych turystów. Jednak, jak w każdej regule, i tutaj był wyjątek. Wyjątek ten stanowił mały, skromny i przyjazny dla oka domek z zadbanym ogródkiem i czystymi firankami w oknach. Choć stał on w samym centrum dzielnicy, wszystkie mieszkające tu szumowiny omijały go szerokim łukiem. Panowała tutaj swoista hierarchia, a nawet honor wśród „swoich”, nikt więc nie odważyłby się napaść na nieszukających kłopotów właścicieli domu czy też okraść go. Właściciel domu, prywatny detektyw, posiadał bowiem dwójkę przyjaciół pochodzących właśnie z tej dzielnicy i stojących wysoko w ulicznej hierarchii. Ale o nim później.
           Na obrzeżach, w pobliżu portu, stał oddalony od reszty, rozpadający się blok mieszkalny. I choć słońce już zachodziło, w mieszkaniu na parterze dopiero budziło się życie. Budziło się z donośnym dźwiękiem zgniatanych puszek i jednym słowem:
           - Cholera!
           Średniego wzrostu blondyn sturlał się właśnie ze starej, zużytej kanapy, na której przespał cały dzień, spadając na kilka pustych puszek po coca coli. Jedna z nich, która spędziła w tym samym miejscu przynajmniej tydzień, rozcięła mu wewnętrzną stronę dłoni. Kilka kropelek krwi skapnęło na jego blade czoło, gdy uniósł rękę nad głowę.
           Mamrocząc pod nosem przekleństwa, podniósł się z podłogi i ciężkim krokiem poczłapał do łazienki. Złapał po drodze jakiś czarny T-shirt i przetarł nim zakurzone lustro. Przyjrzał się swojemu odbiciu.
           Krótkie blond włosy opadały mu na czoło, nie mogły jednak zasłonić długiej blizny, przecinającej jego lewą powiekę i zachodzącej aż na lewy policzek. Jasnoniebieskie oczy świdrowały go od stóp do głów. Przesunęły się po mocnych bicepsach na niezbyt duży brzuch, któremu jednak bliżej było do mięśnia piwnego niż kaloryfera.
           Gainer, bo tak nazywał się blondyn, uznawszy, że wygląda dobrze, założył na siebie T-shirt służący uprzednio za ścierkę. Wrócił do pokoju, rozglądając się za spodniami. Gdy w końcu znalazł odpowiednie, założył je na siebie, a jego czarny strój rozjaśniła jedynie biała czaszka wyszyta na prawej nogawce, mniej więcej na wysokości uda. Zapiął pasek od spodni i zajrzał do lodówki. Wyleciało z niej jedynie kilka much, stęchłe powietrze i smród wydobywający się z otwartego i przewróconego opakowania po mleku, którego zawartość rozlała się po półce. Blondyn westchnął i postanowił nie zamykać drzwiczek, by nieco się wywietrzyło. Oczywiście, wciąż nie podłączyli mu prądu. Będzie musiał się tam dzisiaj udać. Tymczasem może jednak wpadnie do Benny i dostanie coś na śniadanie.
           Odwrócił się od lodówki i zdumiony zastał stojącego przed nim człowieka w czarnej kominiarce, trzymającego wycelowany w jego głowę pistolet.
           - Co, u diabła? – zapytał z lekką chrypą.
           - Zdaje się, że posiadasz coś mojego – odparł przybysz. – Coś, co koniecznie chciałbym odzyskać.
           Gainer zastanowił się, jednak nic nie przychodziło mu do głowy. Jedyne, co ukradł w ostatnim czasie, to drogi obraz jakiemuś nadzianemu gościowi. Chciał go sprzedać i trochę sobie zarobić, ale Benny oczywiście kazała oddać go do muzeum. Benny. Cholerna dziewczyna. Jeszcze trochę i umrze przez nią z głodu. Nie pozwala mu zarabiać na kradzieży, a bez pieniędzy nie ma jedzenia…
           - Głodny jestem – wymamrotał, na chwilę zapominając o stojącym przed nim facecie.
           - Co takiego? – zdziwił się tamten.
           Gainer zamrugał.
           - Znaczy, nie wiem, o czym mówisz. Ale jestem pewien, że jakoś się dogadamy. Masz może coś do jedzenia?
           Gdyby twarzy przybysza nie przykrywała kominiarka, można by zauważyć, że jego policzki nabrały czerwonego koloru.
           - Słuchaj no, człowieku! Celuję do ciebie z odbezpieczonego pistoletu! Mogę cię zabić w każdej chwili. Więc nie, nie mam dla ciebie nic do jedzenia.
           - Trudno. – Gainer wzruszył ramionami. – Więc się nie dogadamy. Jak właściwie się tutaj dostałeś?
           - Normalnie. Przez drzwi. Stałem w tym miejscu kilkanaście minut, czekając aż się obudzisz. No i się obudziłeś. Minąłeś mnie o metr.
           - Serio? – zdziwił się Gainer. Cóż, na przyszłość, trzeba się bardziej rozglądać.
           Jakby nigdy nic, ruszył do pokoju i rozejrzał się. Znalazłszy pełną puszkę coca coli, otworzył ją i wyciągnął ku towarzyszowi, który był zbyt zdumiony, by w porę ugryźć się w język:
           - Nie, dziękuję.
           Gainer dwoma dużymi łykami opróżnił puszkę niemal do końca, beknął i usiadł na kanapie, z której jeszcze przed paroma minutami się zsunął.
           - Więc, kolego, czego ode mnie oczekujesz?
           - Nie… nie jestem twoim kolegą! – zawołał tamten, potrząsając bronią. – Oczekuję, że oddasz mi to, co należy do mnie.
           - A co to takiego?
           - No… nie wiem.
           Gainer westchnął.
           - Kto cię przysłał?
           - Dragona.
           Blondyn żywo się zainteresował.
           - Och, Dragona. Co u niej?
           - Jest na ciebie wściekła. Ostatnio mamrotała coś o twojej śmierci. Wyjątkowo okrutnej, bolesnej i okrutnej. Tak mówiła.
           - Hmm… To dziwne jak na nią. – Gainer zamyślił się. – A nie mówiła o „wyjątkowo bolesnej, okrutnej i bolesnej śmierci”? Zresztą nieważne. Pewnie po prostu wciąż ma mi za złe zerwanie. Nie może się pogodzić z tym, że taki bóg jak ja nie należy do niej. Tak czy inaczej, wracaj skąd przyszedłeś, powiedz, że nic nie znalazłeś i pozdrów ją ode mnie.
           Przybysz przeniósł ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Nagle wydał się lekko zdenerwowany. Nie było w tym nic dziwnego, ponieważ Dragona nie słynęła z pobłażliwości dla gońców przynoszących złe wieści, bądź nie spełniających jej poleceń. Raczej fundowała im od razu kulkę między oczy.
           - Może jednak zastanów się, co takiego może od ciebie chcieć ta kobieta – rzucił, opuszczając broń.
           - Słuchaj, przyjacielu…
           - Nie jestem twoim przyjacielem.
           - Kolego…
           - Ani kolegą.
           - Więc jak mam się do ciebie zwracać? – zapytał zirytowany Gainer.
           - Badger.
           - Słuchaj, łasico – rzucił, zupełnie ignorując protesty gościa o imieniu borsuk. – Nie mam pojęcia, czego ta lalunia ode mnie chce, ale skoro sam się boisz do niej iść, to masz pecha, bo na mnie liczyć nie możesz.
           - No bez jaj! – zawołał Badger z desperacją.
           - Włamałeś się do mojego mieszkania, celowałeś do mnie z pistoletu i oskarżyłeś o kradzież. Nie wspomnę już o tym, że nawet nie miałeś nic do jedzenia przy sobie! Nie licz na moją litość.
           - Ale… to jest właściwie wasza sprawa. Powinniście to załatwić między sobą.
           - Powiedz mi. Zerwałeś kiedyś z dziewczyną?
           Badger popatrzył na niego.
           - Tak.
           Gainer ukrył twarz w dłoniach.
           - Więc powinieneś wiedzieć, że to wyrok śmierci. Samobójstwo. Jak ja mam się jej teraz pokazać, co? Przecież ona najpierw mnie zabije z zimną krwią i dopiero wtedy zacznie zadawać pytania. A jak nie będę mógł jej odpowiedzieć to zabije mnie drugi raz!
           Przybysz usiadł obok właściciela mieszkania, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w przeciwległą ścianę. Nie zdając sobie z tego sprawy, ściągnął z głowy kominiarkę. Jego twarz naprawdę przywodziła na myśl borsuka.
           - No to już po nas.
           Drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem, zachodzące słońce oświetliło stojącą w drzwiach postać kobiety, upewniając ich, że śmierć, okrutna i bolesna, zbliża się wielkimi krokami.

 


Głosuj (1)

littlelie [komentarzy 0] Komentuj

21:31:02 5/07/2015

Pierwsza

Witam bardzo serdecznie na moim blogu :)

Zamieszczać na nim będę moją twórczość, czyli najczęściej opowiadania, choć nie tylko. Oddam tej stronie część mojej duszy, mam nadzieję, że Wy również to zrobicie. Będę wam niezwykle wdzięczna za każdy komentarz i wpis do księgi. Liczę na szczerą krytykę :)

Do zobaczenia! 


Głosuj (1)

littlelie [komentarzy 0] Komentuj




.:Strona Główna:.
=>Powrót

.:Odwiedziny:.
5131

.:Autorka:.
=> Autorka

.:Blog:.
=> Blog