Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
Run away from the everyday


14:33:49 26/10/2017

Rozdział 1 "Niespodziewana randka"

Powracam - jak na mnie dość szybko :D - z pierwszym rozdziałem Spirit's stories. Mam nadzieję, że się wam spodoba ;)

-----------------------------------------------------------------------------------

Płomienie trawiły większość domu. Nie było drogi ucieczki. Nie było wyjścia. Dym gryzł w oczy, powodował okropny kaszel, ale to wszechogarniający gorąc był najgorszy.
   - Mamo! – wyszeptałam, próbując zachować przytomność. Ale mamy nie było. Za chwilę już nic nie było poza ciemnością.
   Obudziłam się znowu zlana potem. Zaklęłam głośno – ten koszmar powtarzał się ostatnio coraz częściej. Może dlatego, że zbliżała się kolejna rocznica śmierci moich rodziców. Tak jest co roku, mimo że nie zginęli w pożarze. W ogóle nie było ich wtedy w domu – zginęli w wypadku samochodowym, gdy przerażeni wiadomością o płomieniach trawiących ich dom, wracali do Sary, swojej jedynej córki.
   I choć minęło już tyle lat, ja wciąż nie wiem, jak przeżyłam. Co noc przez sen modlę się o dwie rzeczy – aby koszmar nie nadszedł, a jeśli już nadejdzie – aby odpowiedział na moje pytania. Dlaczego nie zginęłam? Straciłam przytomność, ale obudziłam się w szpitalu. Nikt nie umiał wyjaśnić, dlaczego strażacy znaleźli mnie leżącą na ulicy.
   Nieważne, przemknęło mi przez myśl. Wstałam z łóżka, a właściwie zsunęłam się na podłogę, zbyt zaspana, by stanąć na nogach. Szybki prysznic jednak zadziałał orzeźwiająco, więc po kilkunastu minutach byłam już na ulicy, przed wyjściem rzucając
tylko szybkie spojrzenie w lustro. Odpowiedziała mi skrzywiona ze złości i zmęczenia twarz.
   Nigdy nie przyglądałam się sobie dłużej niż szybkie spojrzenie, by upewnić się, że nic nie muszę poprawiać. Zazwyczaj jestem bardzo blada, więc używam różu do policzków by nabrać nieco kolorów, ale to cały mój makijaż. Duże, nieco wyłupiaste nawet oczy koloru brązowego, znacznie ciemniejszego niż włosy, zdawają się przenikać mnie, mój umysł, gdy spoglądają na mnie z lustra. Szczupła, trójkątna twarz nie przypomina nikogo z mojej rodziny, a pełne usta zazwyczaj są tak jasne, że niemal nieodznaczają się od    bladej skóry.
    Nie rozglądając się wokoło, ruszyłam przed siebie, starając się zapomnieć dzisiejszy koszmar. Nieświadoma niczego nadepnęłam na mały medalion leżący na ziemi.
   - Och tak, depczcie po mnie wy małe, wredne… wy… - tutaj nastąpiła wiązanka słów, z których żadne nie nadawało się do powtórzenia. Nad medalionem wyrosła niewiele niższa ode mnie postać brzuchatego mężczyzny z podkręconym wąsem.
   - Dzisiejsza młodzież jest nie do wytrzymania, takie jest moje zdanie! Depczecie święte przedmioty, na nic nie zwracacie uwagi. I co, ty też mi powiesz, żebym pilnował chodnika?
   - Chodnika raczej nikt nie zabierze, nie trzeba go pilnować – odpowiedziałam niezbyt przytomnie.
   - Uważasz mnie za durnia?! – ryknął duch. – Ty wywłoko, ty mała…
   - Och, pilnuj chodnika! – rzuciłam ze złością i poszłam dalej. Minął mnie rowerzysta, nucąc coś pod nosem. Rzuciłam mu nieprzyjemne spojrzenie.
   Gdy dotarłam na przystanek, autobus wyjeżdżał zza zakrętu. Jak zwykle obładowany bardziej niż starowinka wracająca z targu, co właściwie było nie lada wyczynem. Powitałam wszystkich niechętnym spojrzeniem i włożyłam słuchawki do uszu.
   Od razu mój podły nastrój uległ zmianie – to był mój świat. Z dala od ludzi, z dala od problemów. Otaczała mnie muzyka, przyjemna i cudowna, pełna jakiejś nieznanej mi magii, czegoś, co zawsze sprawiało, że się uśmiechałam.
   I wtedy dostrzegłam przepychającego się do mnie chłopaka, wysokiego, przystojnego i głupszego od mojego buta. No cóż, w tej chwili nawet muzyka nie potrafiła wywołać na mojej twarzy czegoś mniej podobnego do miny mówiącej „zaraz zwrócę posiłek”.
   - Cześć! – przywitał się wesoło. Jak co dzień.
   - Cześć, Peter – odpowiedziałam niechętnie, zastanawiając się, jaką taktykę zastosować dzisiaj, by dał mi spokój.
   - Ładnie dzisiaj wyglądasz. Inaczej niż wczoraj – uśmiechnął się szeroko.
   - Ty też. Czyżbyś się umył? – rzuciłam, ale nie usłyszał. Co za pech.
   - Zrobiłaś coś z włosami? – zapytał i odgarnął mi kosmyk włosów za ucho, nim zdążyłam zrobić unik.
   - Uczesałam – warknęłam. Nie lubiłam, gdy ktoś dotykał moich włosów. Były moje.
   Peter albo udał, że nie zrozumiał, albo faktycznie nie zrozumiał.
   - Jedziesz na uczelnię? – zagadnął.
   - Jak co tydzień w poniedziałek – odparowałam. – Słuchaj, miałam sobie jeszcze raz przeczytać notatki przed dzisiejszym kolokwium…
   - Oooo, ja też! Może pouczymy się wieczorem razem? – podchwycił.
   - PO kolokwium? – upewniłam się, że dobrze słyszę. Ten człowiek powinien uchodzić za wroga publicznego numer jeden. Jest tak głupi, że stanowi zagrożenie dla siebie i innych.
   - Nooo – odpowiedział uśmiechając się, jak pewnie mu się zdawało, czarująco. Mnie to bardziej wyglądało na minę typu „Dostałem boleści!” – Wiesz, nauka to przykrywka… możemy co innego porobić razem…
   Jak mogłam się tego nie domyślić? Tak swoją drogą, to chyba nie podejrzewałam go o tak podstępny i inteligentny plan.
   Gwałtownie ruszyłam do okna, odpychając na bok staruszkę, która żwawo kroczyła w stronę wolnego siedzenia. Ignorując jej wykwintne przekleństwa i mamrotanie o „młodzieży z piekła rodem”, przyłożyłam nos do szyby, próbując wypatrzeć charakterystycznej białej poświaty. Na chodniku  zobaczyłam ten sam medalion i tego samego ducha, wykrzykującego do przechodniów. Jak to możliwe, że ten medalion był najpierw koło mojego domu, a potem znalazł się na chodniku na drugim końcu miasta? Kto go tu przeniósł i jakim sposobem tak szybko?
   - Hej, śliczna, wszystko okej? – zagadnął Peter, rzucając spojrzenie na wciąż wygrażającą starowinkę.
   - Taa… chyba tak. – odpowiedziałam, myślami wciąż będąc daleko.
   - To co? Dzisiaj wieczorem, nie? Wpadnę po ciebie po zajęciach. Ciao! – Wyskoczył na przystanku z autobusu, nie czekając na moją odpowiedź.
   Prawdę mówiąc, nieświadomie pokiwałam głową. Szlag by to…

   Kolokwium zawaliłam. Nie napisałam praktycznie nic, ponieważ nawet nie zajrzałam do notatek. Właściwie, po zastanowieniu się, dotarło do mnie, że nawet nie mam notatek. Próbowałam podejrzeć pracę mojej przyjaciółki, Natalie, która zawzięcie pisała odpowiedzi, nawet na chwilę nie przerywając, jednak duch, który tkwił w długopisie nauczyciela wpatrywał się we mnie tak intensywnie, że nie śmiałam więcej nawet pomyśleć o ściąganiu na wypadek, gdyby potrafił odczytać moje myśli.
   Wyszłam z uczelni w jeszcze bardziej ponurym nastroju, niż gdy do niej wchodziłam. I wcale nie pomagał mi fakt, że wszyscy moi znajomi wiedzieli o mojej wieczornej „randce” z Peterem.
   - Umówiłaś się z NIM?! – zawołała Natalie. – Naprawdę?!
   Skrzywiłam się.
   - A ja myślę, że to świetny pomysł – dodał Luke.
   Skrzywiłam się jeszcze bardziej.
   - Wyluzujesz się trochę – dodał, unosząc brew i patrząc na mnie znacząco. Pewnie miał na myśli koszmary, które wciąż mi się śnią, a o których opowiedziałam mu po pijaku.
   - Jak ma się wyluzować z Peterem? – zawołała Natalie, a kilka osób obróciło się za nią z zaciekawieniem.
   - Czasem nawet wyjście z debilem może okazać się niesamowitym przeżyciem – rzucił Luke, uśmiechając się lekko. – Przecież macie na to dowód, spędzacie ze mną tyle czasu!
   Parsknęłam śmiechem. Poczułam miłe rozluźnienie. Luke również był moim przyjacielem, z nim i z Natalie faktycznie spędzałam najwięcej czasu, choć bliższy był mi Luke. Natalie miała swój świat sukienek, mody i kolorów, pełen facetów i imprez, ja i Luke trzymaliśmy się w jej cieniu, gdzie było nam dobrze, z dala od spojrzeń, ale też nie całkiem z boku.
   Natalie była rudowłosą wysoką i wysportowaną dziewczyną, odnoszącą sukcesy zarówno na konkursach, jak i w uczelnianej drużynie siatkarskiej. Znana, lubiana i pewna siebie, a połączenie tych cech najczęściej sprawiało, że człowiek stawał się bardziej dumnym pawiem niż człowiekiem, jednak Natalie potrafiła odnaleźć w sobie współczucie i wrażliwość, by okazać je innym.
   Luke był z kolei wysokim (co najmniej metr osiemdziesiąt) blondynem o chłopięcej twarzy i rozmarzonych niebieskich oczach. Znałam go już ze szkoły średniej, gdzie koledzy obstawiali zakłady jak szybko Luke znajdzie sobie chłopaka. Wszyscy wiedzieliśmy o jego odmiennej orientacji, choć on wciąż zapewniał nas, że nigdy nie spotkałby się z mężczyzną. „Przecież wiemy”, cierpliwie odpowiadała mu wtedy Natalie, „że ty wolisz chłopców”.
   Rozstałam się z nimi przy moim przystanku. Luke szedł w stronę centrum, gdzie wynajmował kawalerkę, natomiast Natalie – bogata i zdolna – szybko zdała prawo jazdy, więc skierowała się na parking, gdzie czekał na nią jej mały, ale przytulny mercedes klasy A (który pomimo uprawnień Natalie, był kierowany przez ducha jej własnego dziadka) Ja z kolei zostałam na przystanku, czekając na autobus i zastanawiając się, jak uniknąć spotkania z Peterem, nie robiąc sobie w nim wroga.
   Nie czułam do niego specjalnie ludzkich uczuć – ot, mały robaczek, którego rozdeptałabym bez zbędnych wyrzutów sumienia, gdyby nie to, że osiłek miał poważanie, które mogłoby obrócić się przeciwko mnie. Nie zależało mi na tym, by być lubianą, jak Natalie, ale dość już upokorzeń przeszłam w swoim życiu, by chcieć ich jeszcze więcej.
   Wsiadając do autobusu, odniosłam wrażenie, że nie ma dobrego wyjścia z tej sytuacji – jak mówił Luke „gdzie by się nie odwrócić, wszędzie cztery litery”. Poddając się temu smętnemu rozmyślaniu, włączyłam muzykę i wpatrzyłam się w mijane budynki. Przez obecne zmartwienie, niemal zupełnie zapomniałam o medalionie i brzuchatym duchu, dopóki nie zwróciłam uwagi na siedzącą niedaleko kobietę, rozmawiającą z starszą (jeśli można tak powiedzieć o duchu) kobietą, która mogła być jej matką. Natychmiast wróciło do mnie wspomnienie owej duszy i prześladowało przez resztę drogi.
   Wysiadając z autobusu stwierdziłam, że pewnie coś mi się przewidziało, albo – abstrahując od faktu, że tak szybkie przemieszczenie się tego amuletu nie było możliwe – był to najzwyklejszy przypadek. Podniesiona nieco na duchu, skierowałam się w stronę domu.
   Po chwili jednak stanęłam jak wryta w ziemię. Dokładnie w miejscu, gdzie zobaczyłam brzuchatego ducha leżał ten sam medalion w kolorze brudnego złota z wyrytym wewnątrz trójkątem.
   Brodaty mężczyzna odwrócił się w moją stronę.
   - Ach, to znowu ty – rzucił.
   - Śledzisz mnie? – zapytałam, podpierając się pod boki i patrząc na niego ze srogą miną. Z niewielu wspomnień z dzieciństwa zapamiętałam moją mamę właśnie w tej pozycji, stojącą nad tatą, który nie wykonał powierzonego mu przez nią zadania.
   - Za bystra to ty nie jesteś – rzucił pan Wąs, jak zaczęłam go nazywać w myślach. – Jak miałbym cię śledzić, skoro byłem tu cały dzień? Nikt się nade mną nie zlitował i nie podniósł mnie z ziemi, wszyscy tylko deptali i deptali po mnie i po mojej godności, i…
   - Kazali pilnować chodnika? – rzuciłam, przewracając oczami. – Wzruszające. Wybacz, ale wolę już iść na tę przeklętą randkę, niż słuchać twoich kłamstw. Widziałam cię w centrum, byłeś tam i nie zaprzeczysz!
   - Nie dość że głupia, to jeszcze ślepa! – zawołał za mną, gdy odchodziłam. Pożegnałam go środkowym palcem.
    Do domu weszłam mając już obmyślony może niezbyt genialny, ale jednak jakiś plan. Niestety, moje plany rzadko dają się gładko przełożyć na rzeczywistość.
   - Sara – Peter wyraźnie ucieszył się na mój widok. Cóż, nie mogę powiedzieć, że ja ucieszyłam się widząc go w mojej kuchni.
   - Jak tu wszedłeś? Drzwi były zamknięte – rzuciłam zdenerwowana. Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
   - Mam swoje sposoby. Wybacz, że wszedłem bez zaproszenia, ale chciałem mieć pewność, że cię zastanę i w końcu się spotkamy.
   Czyżby uważał, że zamierzałam się chować w domu przed nim? Może jednak nie był taki głupi, jak się wydawało.
   - To, co? Idziemy?
   - Teraz?! Muszę się wykąpać, przebrać… nie jestem gotowa. No wiesz, jeśli mamy iść na randkę, to przecież muszę jakoś wyglądać, prawda?
   Peter pokręcił głową.
   - Wyglądasz idealnie. Poza tym, to nie do końca jest randka. To znaczy, owszem, mówiłem tak, ale coś musiałem powiedzieć, prawda? Podejrzewam, że nie prędko wrócisz na uczelnię, ja tak samo, więc rozpuścimy plotkę, że wyjechaliśmy razem i rzuciliśmy studia. No wiesz, wielka miłość od pierwszego wejrzenia.
   Przez chwilę docierał do mnie sens jego słów.
   - Po pierwsze, żadna wielka miłość. Ja cię nawet nie lubię, denerwujesz mnie. A po drugie, co to znaczy, że nie prędko pojawię się na uczelni?
   Peter spoważniał.
   - Wiem, że mnie nie lubisz. Nie jestem głupi. Jak myślisz, dlaczego wciąż za tobą latałem, mimo że nie raz mówiłaś mi, że nie chcesz się ze mną spotkać? Myślisz, że naprawdę chodzi mi o randkę, że mi się podobasz? Sara, oni cię znaleźli. Obserwowałem cię od dawna i wiem, że gdzieś w twoim otoczeniu już się ukrywają. Dowiedziałem się, że…
   - Zaraz, zaraz, sekundkę. Kto? Kto mnie znalazł? – Postanowiłam nie komentować jego wyznania o uczuciach a raczej ich braku, które – choć miałam dosyć użerania się z nim – zabolało.
   - Komisja – odparł. – Nie udawaj, nie jestem tym za kogo się podawałem.
   - Co za komisja? I kim ty w takim razie jesteś?
   Peter przez chwilę milczał wyraźnie skonsternowany.
   - Wiedziałem, że będą problemy, ale nie sądziłem, że nic nie będziesz wiedziała – rzekł w końcu. Pokręcił głową. – Nieważne. To nie jest bezpieczne miejsce. Jeśli wiedzą, kim jestem, będą cię szukać. Możliwe, że już otoczyli dom, musimy stąd iść.
   Oparłam się o szafkę, zakładając ręce na piersiach i przechylając lekko głowę.
   - Nie wiem co bierzesz, ale rzuć to.
   Peter wyjrzał przez okno, rozglądając się po ulicy.
   - Okej, chyba jeszcze się nie domyślili… To dobrze, jest jeszcze szansa. Możesz wyjechać i zacząć gdzieś indziej od nowa, przez kilka miesięcy, może lat pożyjesz spokojnie, zanim cię znajdą…
   - Powtarzam ci, zmień dilera.
   Peter odwrócił się twarzą do mnie.
   - Posłuchaj, nie mam czasu teraz ci tego tłumaczyć. Oni wiedzą. Wiedzą, że koło ciebie kręci się Stróż. Może nie wiedzą, że to ja, ale to kwestia czasu. Musimy uciekać. I to już.
   - Co za Stróż?
   Peter westchnął, a w jego oczach zobaczyłam coś na kształt irytacji, tak jakby zrozumiał, że musi uciec się do metod, których używać nie chciał, ale nie pozostawiłam mu wyboru.
   Spojrzał mi głęboko w oczy, tak jak na łzawych filmach romantycznych.
   - Śpij – rzekł, choć jego usta nie poruszyły się. Nie musiał powtarzać, zachrapałam jeszcze zanim upadłam na ziemię.


Głosuj (0)

littlelie [komentarzy 0] Komentuj







Blog jest zbiorem moich opowiadań. Przeleję na niego moje uczucia, moje nastroje, moje wspomnienia, moje pomysły w postaci bohaterów i zdarzeń. Dlatego proszę Was o szczere komentarze i konstruktywną krytykę
------------------
Odwiedziny
5131

Księga SPAM-u
=>Dodaj do Księgi
=>Księga

Archiwum

2017
Październik
Lipiec
2016
Czerwiec
Styczeń
2015
Wrzesień
Lipiec

Linki

.:Czytam:.
=>Muted Spirits
=>Jaźń Koziorożca
=>Skrawki
=>Nekromanta

.:Katalogi blogów:.
=>Zbiór Blogów
=>Katalog Euforia

Autorka
=>Autorka

Blog
=> Blog


Opowiadania
=>Spis
=>Fan ficiton
=>Zakończone

Dodaj do Ulubionych


----------------------
Szablon zrobiony przeze mnie. Obrazek znaleziony w Internecie.
----------------------
Wszelkie podobieństwa do osób lub zdarzeń w opowiadaniu są przypadkowe.