Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
Rozdział 1: Najbardziej optymistyczny wieczór


21:38:47 5/07/2015

Rozdział 1: Najbardziej optymistyczny wieczór

Witam :)

Publikuję pierwszy rozdział mojego własnego opowiadania. Mam nadzieję, że się Wam spodoba :)

---------------

Dzielnica Portowa, Abbey
Słońce chyliło się ku zachodowi, zabarwiając dachy budynków na złoto, na uliczki rzucając cienie pobliskich bloków mieszkalnych. Dzielnica należała z pewnością do najbardziej szemranych w całym Abbey. Właściwie miasto dzieliło się jedynie na dwie dzielnice, portową i biznesową. Z łatwością można więc było się domyślić, że dzielnica portowa była jedyną szemraną w dużym skądinąd mieście.
           Wszystkie bloki mieszkalne oraz wymieszane z nimi domy wolnostojące były obskurne i szare za dnia, w nocy jednak zyskiwały jeszcze gorszy wygląd. W oknach brakowało firanek i zasłon, na próżno można było szukać kwiatów czy przystrzyżonych podwórek. W wielu domach brakowało szyb okiennych, a ich właściciele nie mieli najmniejszego zamiaru wydawać pieniędzy na nowe, ponieważ nie przetrwałyby do rana. Choć okolica uchodziła za niebezpieczną, każdy tutaj znał każdego, więc gdyby zdarzyła się kradzież, wszyscy wiedzieliby kto kogo okradł, zanim okradziony dowiedziałby się, że jego rzeczy zniknęły.
           Prawdę mówiąc, dzielnica niebezpieczna była jedynie dla obcych. Mieszkali tutaj sami swoi, poczynając od handlarzy narkotyków, skończywszy na mętach ulicznych, czyhających na portfele zagubionych turystów. Jednak, jak w każdej regule, i tutaj był wyjątek. Wyjątek ten stanowił mały, skromny i przyjazny dla oka domek z zadbanym ogródkiem i czystymi firankami w oknach. Choć stał on w samym centrum dzielnicy, wszystkie mieszkające tu szumowiny omijały go szerokim łukiem. Panowała tutaj swoista hierarchia, a nawet honor wśród „swoich”, nikt więc nie odważyłby się napaść na nieszukających kłopotów właścicieli domu czy też okraść go. Właściciel domu, prywatny detektyw, posiadał bowiem dwójkę przyjaciół pochodzących właśnie z tej dzielnicy i stojących wysoko w ulicznej hierarchii. Ale o nim później.
           Na obrzeżach, w pobliżu portu, stał oddalony od reszty, rozpadający się blok mieszkalny. I choć słońce już zachodziło, w mieszkaniu na parterze dopiero budziło się życie. Budziło się z donośnym dźwiękiem zgniatanych puszek i jednym słowem:
           - Cholera!
           Średniego wzrostu blondyn sturlał się właśnie ze starej, zużytej kanapy, na której przespał cały dzień, spadając na kilka pustych puszek po coca coli. Jedna z nich, która spędziła w tym samym miejscu przynajmniej tydzień, rozcięła mu wewnętrzną stronę dłoni. Kilka kropelek krwi skapnęło na jego blade czoło, gdy uniósł rękę nad głowę.
           Mamrocząc pod nosem przekleństwa, podniósł się z podłogi i ciężkim krokiem poczłapał do łazienki. Złapał po drodze jakiś czarny T-shirt i przetarł nim zakurzone lustro. Przyjrzał się swojemu odbiciu.
           Krótkie blond włosy opadały mu na czoło, nie mogły jednak zasłonić długiej blizny, przecinającej jego lewą powiekę i zachodzącej aż na lewy policzek. Jasnoniebieskie oczy świdrowały go od stóp do głów. Przesunęły się po mocnych bicepsach na niezbyt duży brzuch, któremu jednak bliżej było do mięśnia piwnego niż kaloryfera.
           Gainer, bo tak nazywał się blondyn, uznawszy, że wygląda dobrze, założył na siebie T-shirt służący uprzednio za ścierkę. Wrócił do pokoju, rozglądając się za spodniami. Gdy w końcu znalazł odpowiednie, założył je na siebie, a jego czarny strój rozjaśniła jedynie biała czaszka wyszyta na prawej nogawce, mniej więcej na wysokości uda. Zapiął pasek od spodni i zajrzał do lodówki. Wyleciało z niej jedynie kilka much, stęchłe powietrze i smród wydobywający się z otwartego i przewróconego opakowania po mleku, którego zawartość rozlała się po półce. Blondyn westchnął i postanowił nie zamykać drzwiczek, by nieco się wywietrzyło. Oczywiście, wciąż nie podłączyli mu prądu. Będzie musiał się tam dzisiaj udać. Tymczasem może jednak wpadnie do Benny i dostanie coś na śniadanie.
           Odwrócił się od lodówki i zdumiony zastał stojącego przed nim człowieka w czarnej kominiarce, trzymającego wycelowany w jego głowę pistolet.
           - Co, u diabła? – zapytał z lekką chrypą.
           - Zdaje się, że posiadasz coś mojego – odparł przybysz. – Coś, co koniecznie chciałbym odzyskać.
           Gainer zastanowił się, jednak nic nie przychodziło mu do głowy. Jedyne, co ukradł w ostatnim czasie, to drogi obraz jakiemuś nadzianemu gościowi. Chciał go sprzedać i trochę sobie zarobić, ale Benny oczywiście kazała oddać go do muzeum. Benny. Cholerna dziewczyna. Jeszcze trochę i umrze przez nią z głodu. Nie pozwala mu zarabiać na kradzieży, a bez pieniędzy nie ma jedzenia…
           - Głodny jestem – wymamrotał, na chwilę zapominając o stojącym przed nim facecie.
           - Co takiego? – zdziwił się tamten.
           Gainer zamrugał.
           - Znaczy, nie wiem, o czym mówisz. Ale jestem pewien, że jakoś się dogadamy. Masz może coś do jedzenia?
           Gdyby twarzy przybysza nie przykrywała kominiarka, można by zauważyć, że jego policzki nabrały czerwonego koloru.
           - Słuchaj no, człowieku! Celuję do ciebie z odbezpieczonego pistoletu! Mogę cię zabić w każdej chwili. Więc nie, nie mam dla ciebie nic do jedzenia.
           - Trudno. – Gainer wzruszył ramionami. – Więc się nie dogadamy. Jak właściwie się tutaj dostałeś?
           - Normalnie. Przez drzwi. Stałem w tym miejscu kilkanaście minut, czekając aż się obudzisz. No i się obudziłeś. Minąłeś mnie o metr.
           - Serio? – zdziwił się Gainer. Cóż, na przyszłość, trzeba się bardziej rozglądać.
           Jakby nigdy nic, ruszył do pokoju i rozejrzał się. Znalazłszy pełną puszkę coca coli, otworzył ją i wyciągnął ku towarzyszowi, który był zbyt zdumiony, by w porę ugryźć się w język:
           - Nie, dziękuję.
           Gainer dwoma dużymi łykami opróżnił puszkę niemal do końca, beknął i usiadł na kanapie, z której jeszcze przed paroma minutami się zsunął.
           - Więc, kolego, czego ode mnie oczekujesz?
           - Nie… nie jestem twoim kolegą! – zawołał tamten, potrząsając bronią. – Oczekuję, że oddasz mi to, co należy do mnie.
           - A co to takiego?
           - No… nie wiem.
           Gainer westchnął.
           - Kto cię przysłał?
           - Dragona.
           Blondyn żywo się zainteresował.
           - Och, Dragona. Co u niej?
           - Jest na ciebie wściekła. Ostatnio mamrotała coś o twojej śmierci. Wyjątkowo okrutnej, bolesnej i okrutnej. Tak mówiła.
           - Hmm… To dziwne jak na nią. – Gainer zamyślił się. – A nie mówiła o „wyjątkowo bolesnej, okrutnej i bolesnej śmierci”? Zresztą nieważne. Pewnie po prostu wciąż ma mi za złe zerwanie. Nie może się pogodzić z tym, że taki bóg jak ja nie należy do niej. Tak czy inaczej, wracaj skąd przyszedłeś, powiedz, że nic nie znalazłeś i pozdrów ją ode mnie.
           Przybysz przeniósł ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Nagle wydał się lekko zdenerwowany. Nie było w tym nic dziwnego, ponieważ Dragona nie słynęła z pobłażliwości dla gońców przynoszących złe wieści, bądź nie spełniających jej poleceń. Raczej fundowała im od razu kulkę między oczy.
           - Może jednak zastanów się, co takiego może od ciebie chcieć ta kobieta – rzucił, opuszczając broń.
           - Słuchaj, przyjacielu…
           - Nie jestem twoim przyjacielem.
           - Kolego…
           - Ani kolegą.
           - Więc jak mam się do ciebie zwracać? – zapytał zirytowany Gainer.
           - Badger.
           - Słuchaj, łasico – rzucił, zupełnie ignorując protesty gościa o imieniu borsuk. – Nie mam pojęcia, czego ta lalunia ode mnie chce, ale skoro sam się boisz do niej iść, to masz pecha, bo na mnie liczyć nie możesz.
           - No bez jaj! – zawołał Badger z desperacją.
           - Włamałeś się do mojego mieszkania, celowałeś do mnie z pistoletu i oskarżyłeś o kradzież. Nie wspomnę już o tym, że nawet nie miałeś nic do jedzenia przy sobie! Nie licz na moją litość.
           - Ale… to jest właściwie wasza sprawa. Powinniście to załatwić między sobą.
           - Powiedz mi. Zerwałeś kiedyś z dziewczyną?
           Badger popatrzył na niego.
           - Tak.
           Gainer ukrył twarz w dłoniach.
           - Więc powinieneś wiedzieć, że to wyrok śmierci. Samobójstwo. Jak ja mam się jej teraz pokazać, co? Przecież ona najpierw mnie zabije z zimną krwią i dopiero wtedy zacznie zadawać pytania. A jak nie będę mógł jej odpowiedzieć to zabije mnie drugi raz!
           Przybysz usiadł obok właściciela mieszkania, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w przeciwległą ścianę. Nie zdając sobie z tego sprawy, ściągnął z głowy kominiarkę. Jego twarz naprawdę przywodziła na myśl borsuka.
           - No to już po nas.
           Drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem, zachodzące słońce oświetliło stojącą w drzwiach postać kobiety, upewniając ich, że śmierć, okrutna i bolesna, zbliża się wielkimi krokami.

 


Głosuj (1)

littlelie [Powrót] Komentuj







.:Strona Główna:.
=>Powrót